czwartek, 21 lipca 2011

Amerykański weekend

Skasowała mi się połowa posta, więc pozwól, że początek opiszę enigmatycznie.
W piątek uwinęłam sie szybko z robota, bo chcialam się w spokoju spakować na weekend z niemieckimi przyajciółmi! Na pierwszy pociąg prawie się spóźniłam. Tzn. biegłam z myślą, że nie zdążę, ale okazało sie, że to tylko mój zegarek się spieszył. Będac wcześniej w niemieckim autobusie zdziwiłam sie nieco, że ubrany w uniform mężczyzna w pociągu nei sprawdził mi biletu na dzień dobry. Sam pociąg - piękny! Zupełne przeciwieństwo polskih pociągów (mam tu na myśli pociąg Tomaszów - Łódź xd). Dobrze, że wczesniej wiedziałam, że w Niemczech nie obowiązuje zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych, więc to, co zobaczyłam w pociągu nie było dla mnie aż takim szokiem. Mianowicie była tam grupka kolesi, studentów jak mniemam, którzy sobie beztrosko popijali piwko. Nie jedno, czy dwa, mieli całą skrzynkę piwa! Tak zaczęła się moja przygoda z niemieckimi pociągami :D
Na karteczce miałam zapisane wszystkie połączenia, więc na drugi pociąg czekalam z niecierpliwością. Pech chciał, że z moim biletem nie powinnam używać szybkich pociągów. No coż, uświadomiła mnie o tym pani konduktor. Przygoowałam się już na płacenie jakiejs kary, czy czegoś, jednak ona oddała mi mój bilet i sobie poszła :P
Nie chce mi się drugi raz opisywać tego, co przeżyłam na dworcu w Dortmundzie, bo sama wolę juz o tym zapomnieć. Moje zamotanie sięgneło szczytu w tamtym momencie. Ludzie musieli na mnie dziwnie patrzec jak biegałam dosłownie po całym dworcu. W koncu zrezygnowana wsiadłam do jakiegoś pociągu, nie byłam nawet pewna, gdzie on dokładnie jedzie.
Za każdym razem, gdy dojeżdżaliśmy do jakiegoś dworca musiałam sie schylać, żeby patrzeć, gdzie jesteśmy, chociaż i tak mi nic to nie mówiło, a nie słyszałam komunikatów w głośnikach, bo było za głośno. Ale w tym momencie i tak było mi wszystko jedno. Byłam już tak zmęczona tym lataniem po pociągach i zestresowana, bo raz mam się spotkać z ludźmi, których nie widziałam od dwóch lat i nie wiedziałam, czy się zmienili, czy nie, a dwa to był mój pierwszy raz nie dość, że w niemieckim poiągu to jeszcze podróżując kawał drogi SAMA. Jednak kiedy ujrzałam napis "Duisburg HBF" już nawet nie martwiłam sie o to, czy poznam moich znajomych, chciałam po prostu wysiąść i miała wszystko gdzieś! Odetchnęłam z taką ulgą, gdy tylko wysiadłam z pociągu! Bądź co bądź stałam przez dobre pół godziny przynajmniej! Teraz pozostawało tylko odnaleźć moich kochanych Niemców!
Na tym samym peronie miałam spotać Johannesa (Jojo). Kiedy go ostatni raz widziałam miał piękne, długie, kręcone włosy. Przez ponad 2 lata na fb ma to samo zdj, więc nie mogłam go sobie wyobrażać inaczej. Co prawda widziałam dwa zdj, na których miał na głowie coś w podobie do dredów, ale to przecież niemożliwe... A jednak! Oprócz szopy na głowie, nic się w nim nie zmieniło :D Razem czekaliśmy na resztę, w kolejności: Verenę, Flo i Yannica.
Spotkanie z Yanniciem zaczęło się bardzo interesująco, gdyż chwilę przedtem prwie przejechał go autobus... Przynajmniej ja tak to zrozumiałam. Jego historia, przerywana co chwila, któtkim "nie?" (niem. nee) była oczywiście po niemiecku. I tak zaczął się nasz cudowny weekend!!
Yannic mieszka w Dinslaken, więc musieliśmy jeszcze dojechać tam autem. Mala miejscowość, ale śliczna! Z resztą, mieszkając w TAKIM domu okolica nie bardzo sie liczyła. Ogólnie dom nie był strasznie duży, ale mega, mega wypasiony, ale jednak czułam pewien respekt będąc w łazience, w duuuużym ogrodzie, czy widząc SAUNĘ w domu... Wieczór spędziliśmy we własnym gronie, bardzo sympatycznie. Zamówiliśmy pizzę (Ewsko patrzy w menu: Dobra, to co jest najtańsze?) i graliśmy w grę :D Poznaliśmy też bardzo niebieskookiego kolegę brata Yannica, który nie mogł ogarnać jakim dialektem ja mówię. Wszystko się wyjaśniło, kiedy się dowiedział, że jestem z Polski :d Na zakończenie obejrzeliśmy Życie Bryana przegryzając piankami :D

W sobotę musieliśy wcześnie wstać, tj. koło 9. To miał być Amerykański dzień :D Więc pojechaliśmy do Amerykańskiej restauracji. Oczywiście wybrałam to, co było w miarę najtańsze: naleśniki z sosem orzechowym (Erdnuss sos) - 4,40e i sok pomarańczowy - 2,60e. Yannic, Verena i Flo wzięli tosty francuskie, a Jojo bajgla. Potem zaczęła się nasza wycieczka. Pojechaliśmy do Dortmundu. W planach mieliśmy zwiedzenie stadionu (co mam nadzieję jeszcze mi sie uda), jednak CAŁY stadion był zajęty, gdyż akurat w ten weekend odbywał się, uwaga, zlot świadków Jehowy o.O Ogólnie tutaj w regionie wszyscy są fanami Borussi Dortmund (klub piłkarski), więc żółto czarne flagi z napisem BVB można znaleźć praktycznie wszędzie. My nie mogliśmy zwiedzić stadionu, ale odwiedziliśmy sklep z pamiątkami - wszystko w barwach Borussi. I mówiąc wszystko, mam na myśli wszystko :D Jako prezent dla Yannica kupiliśmy mu tam kaczuszkę do kąpieli :P

Kolejnym przystankiem było Mühlheim. Piękne miasto! Studenckie! Ale piękne! Ta atmosfera, ten klimat! Ja się zakochałam! Gdybym tylko mogła zaczęłabym tam studiować! Nie potrafię opisać, co takiego jest w tym mieście, ale mnie przyciągnęło już od pierwszej minuty! Aaa, mówiąc miasto studenckie mam na myśli całe mnóstwo rowerów, WSZĘDZIE! Nigdy nie myślałam, że rowery są tak popularne w Niemczech, zawsze w taki sposób widziałam Holandię, ale tutaj studenci jeżdżą rowerami. Niesamowite jest jak dużo rowerów widzi się na ulicach. Nie tylko to. Te rowery sobie po prostu tam stoją. Niektóre nawet leżą. Jako Polka musiałam się zacząć zastanawiać, jak to jest, że nikt ich nie kradnie.... Może uda mi się jeszcze zrobić zdjęcie, ale niektóre rowery są fajowe :D W chmurki, ciapki, kropki :D Super sprawa. W Mühlheim spacerowaliśmy sobie, poszliśmy na lody, znaleźliśmy mini plac zabaw z TRAMPOLINĄ! Oczywiście, że musiałam się pobawić! Pod koniec musieliśmy kupić coś do jedzenia na kolację, więc wybraliśmy się do Edeki. Na kolację była sałatka :D Chłopcy nie robili większego problemu ;) Tzn. Yannic pojechał na przyjęcie urodzinowe, a Jojo poddał się damskiej dominacji :D
To była noc filmowa, więc podczas, gdy Flo poprawiała Jojo dredy (teraz wygląda znacznie lepiej!) oglądaliśmy Burn after reading, Road to perdition i Fargo. Poszliśmy spać koło 4, przy czym ja, Flo i Verena musiałyśmy jeszcze coś przekąsić przed snem :D
W niedzielę znowu musieliśmy wcześnie wstać. Ja sałam jakieś 4 godziny tylko :P Gdzie prez cały czas sypiam mniej więcej 10 :D Ale nie mieliśmy dużo czasu. Pojechaliśmy do Kolonii. Odwiedziliśmy katedrę



Która jest popularna na całym świecie, jednak tłumacze na miejscu nie są idealni

Ah, funny story. Chcieliśmy wejść na szczyt wieży, więc musieliśmy kupić bilety (3e noralny, 1,5e ulgowy). Facet w okienku widząc moją legitymację próbował wymówić moje nazwisko ale, że mu nie szło, to mu pomogłam. Nie mówił po polsku, ale gdy już wydał mi bilet powiedział do mnie "Duża Kowara, mała Kowarka". Niech mi to ktoś wytłumaczy.

Droga na górę nie była taka łatwa. Nie wiem dokładnie ile schodów musieliśmy pokonać, ale moje nogi wysiadły już w połowie. Problem w tym, że tam nie było, gdzie się zatrzymać! Gdyby na górze sprzedawano wodę, mogłaby iść za 10 euro, a i tak ludzie by ją kupowali. Po drodze przy życiu podtrzymywały mnie jedynie napisy po polsku ;) zawsze miło coś takiego przeczytać w obcym kraju, nawet jeśli to wandalizm na ścianach, ale całe ściany były pomazane przez ludzi z całego świata, nie to, ze tylko Polacy niszczą :P Nie mogę powiedzieć, że widok z góry nie jest imponujacy. Na takiej wysokości wszystko wygląda dobrze, nawet jeśli widok ogranicza wszystko pokrywajaca siatka. Zależy, co kto lubi.



Spacerowaliśmy trochę po Kolonii mijając różnego rodzaju ludzi... Nie byłam pewna czy to Kolonia czy jakiś festiwal, ale nie tylko ja byłam zdziwiona wyglądem niektórych ludzi. Anime, metal, punk, wszystko pomieszane? Nie wiem jak nazwać ten styl, ale niektóre osoy były conajmniej dziwne. Na koniec mam zdj mostu pełnego małżeńskich kłódek. Kiedy para zawiera ślub przypina kłódkę ze swoimi imionami na tym moście. To już chyba europejska tradycja. Nie podróżowałam tyle, by powiedzieć, że można to zobaczyć we wszystkich krajach, ale na pewno w Polsce i Szweji tak ;)

piątek, 15 lipca 2011

Dawno mnie tu nie było, ale nic się nie dzialo, więc nie było o czym pisać. Teraz trochę się tego nagromadziło, więc zamieszczę kilka historyjek :)
Zacznę od 2. lipca, wcześniej naprawdę nic się nie działo.

2. lipca Bjorn grał koncert, więc po śniadaniu miałam trochę czasu dla siebie. Siedziałam sobie w pokoju nie zważając na nic. W pewnym momencie przyszła do mnie Rana ze słuchawką w ręku mówiąc, że to ktoś do mnie. Trochę się zdziwiłam, ale pomyślałam, że to pewnie Verena chce omówić szczególy naszego spotkania. Z resztą nikomu innemu nie dawałam nr, więc któż inny mógł to być?
Nie czekając na głos z drugiej strony zaczęłam swój radosny okrzyk: VERENA!! HOW ARE YOU!! Syszałam, że odpowiedziała coś po niemiecku, ale nie zważając na to zaczęłam do niej mówić. jednak w pewnym momencie skapnęłam się, że ona CAŁY CZAS mówi do mnie po niemiecku, co nie było do niej podobne. Zaczęłam więc słuchać, tego co ona mówi i okazało się, że to wcale nie była Verena!!
Była to operka mieszkająca niedaleko... Mówiła do mnie, a ja się zastanawiałam na jakiej stronie pisałam, że jestem operką i mieszkam w Altenie.. Nie miałam pojęcia.. A tym bardziej skąd ona ma mój nr telefonu i skąd ona mnie zna?! Okazało się, że Gula, bo tak ma na imię, znała sie z ich poprzednią operką i stąd miała ich nr. Spotkałyśmy się następnego dnia i od tego czasu jexdzimy sobie razem do innych miasteczek :)

Historia nr 2 :)
Pewna osoba (tak Honor to Ty xd) powiedziała mi o jednym sklepie, w którym mają fajne promocje. Poszukałam go na mapie i okazało się, że on jest również w Altenie. Do tej pory nie miałam czasu tam iść, ale dokładnie 5 lipca znalazłam go trochę :P Miałam wskazowki, jak tam dotrzeć zapisane w notesie. szłam sobie spokojnie chodniczkiem (dobrze, że tu wszędzie są chodniki!) ludzie sie na mnie tylko trochę dziwnie patrzyli ale co tam :P stałam sobie na światłach
mniejsza że ten guzik żeby się zielone właczyło się wg nie wciskał, nie wiem, może tam było napisane dotknij, ale nie zrozumiałam po niemiecku xd
no i w pewnym momencie przyjechał koleś na rowerze, stał z drugiej str ulicy, ale sobie zaraz przejechał na czerwonym
mi już głupio bo stoje jak ten debil, patrzę a on leży przede mną xd
no to ja od razu czy wszystko ok, on że tak, że spoko, ale że te światła nie działają, że wczoraj nie działały i w tym momenci się zapaliło zielone xd
no i idę dalej, widzę Lidl z lewej str, a na mapie Netto było blisko Lidla, tylko że między mną a Lidlem były tory i nie było jak przejść. Znaczy był jakiś most ale ja nie widziałam na niego wejścia :D
z prawej str natomiast były same domki, więc stwierdziłam, że to nie moze być tam.Przeszłam sie kawałek, ale zaraz wróciła
chciałam rzejść na drugą str torów i szukałam jakiegoś wejścia na ten most.
znalazłam jakiś chodnik na górę (bo to teren górzysty i oni mają dużo taki dróżek że sie musisz praktycznie wspinać)
no i idę sobie idę i angle znalazłam jakąś ścieżkę przez las
zastanawiałam się chwilę czy mam dalej iść tym chodnikiem czy może wejść na ścieżkę i wkońcu wybrałam ścieżkę
znalazłam wg taki śliczny strumyczek, chyba nawet źródło to było, mam zdj :D

idę sobie idę, a to wg nie była taka zwykła ścieżka, tam było w sumie całkiem niebezpiecznie
bo szłam po zboczy takim stromym sporo, w dole była rzeka, z prawej miałam górę :D
no ale idę, idę i szukam wzrokiem Netto po drugiej stronie rzeki
i tu zrobiłam błąd bo spojrzałam w dół, na rzekę, a było stromo a ja mam lęk wysokości!
lekka panika, ale zaraz się opanowałam
nie wiem ile szłam tą ścieżką, później się okazało, że to była nieźle dłua droga
miałam wg japonki więc wygodnie też nie było
3 razy musiałam sobie pomagać rękami bo inaczej bym spadła :D
byłam juz tak mega zmęczona ale nagle zobaczyłam jakąs kobietę i od razu poczułam sie lepiej, przyspieszyłam kroku - tam była cywilizacja!
chciałam tylko znaleźć most na drugą str rzeki i wrócić do domu juz miałam to Netto w dupie :D
ZNALAZŁAM! Byłam tak mega szczęśliwa, że sobie nie wyobrażasz
do domu miałam już prostą drogę, więc spoko, trafiłam
i wiesz, co się okazało? że Netto było właśnie tam z prawej str, gdzie te domki, tylko trochę dalej i go nie było widać.
A wg po drodze znalazłam budkę z papierosami. Samoobsługa xd widziałam jeszcze jedna taką w Luedenscheid, czyli to tutaj chyba normalne

Ale przynajmniej była ślicza pogoda, co pokazują już ostatnie zdj z tej pięknej wycieczki :D



Następnego dnia pojechałam do tego Netto autobusem. Dostałam kasę na bilet i wio! Myślałam, że to tylko niemieckie autobusu, ale najwyraźniej taki system obowiązuje w większości zachodnich krajów, a nawet w Polsce (podobno w Piotrkowie Tryb.). W każdym razie musiałam wejść drzwiami od kierowcy, żeby kupić bilet. Okazało się, że tutaj każdy wchodzi drzwiami od kierowcy i od raz pokazuje mu swój bilet. Wysiada się drugimi drzwiami. Bardzo porządnie moim zdaniem. A ja, że byłam z siebie taka dumna, że jadę sama niemieckim autobusem to przez cały dzień mi się śmiać chciało. Mam również kilka zdjęć :D

To jest Netto :P

Tak wygląda rozkład jazdy :P Po tygodniu się dowiedziałam, że to się na dodatek kręci a ja chodziłam wokół tego słupa jak głupia xd

To jest akurat jeden z gorszych przystanków, bo nic tam nie ma, ale przynajmniej widać te kosze, o których pisałam. Recykling przede wszystkim!

I ze specjalną dedykacją! Mam nadzieję, że widać tę magiczną cenę beczki piwa - 6,66 Euro :D


To już ostatnia historia. Mam jeszcze taki bonus, bo teraz są mistrzostwa świata w piłce nożnej kobiet i Niemcy jak zwykle świrują


A z Gulą w Luedenscheid znalazłam dwa polskie sklepy!



A teraz jadę na weekend do Dinslaken spotkać sie z Vereną i innymi! Tschuss!

niedziela, 19 czerwca 2011

:)

Nie pisałam, bo nie mam żadnych nowych zdjęć i nie wiem, kiedy jakieś mieć będę. Ale stwierdziłam, że krótką notkę mogę napisać. A zmobilizował mnie do tego wczorajszy dzień, który mogę opisać jako bardzo udany :)

Wczoraj pojechaliśmy do rodziców Rainera. Jeo ojciec w środę skończył 75 lat! więc pojechaliśmy to uczcić do nich do domu. Przesympatyczni ludzie!! A jaki mają dom... ho ho! W każdym razie na uwagę zasługuje co? Tak! Jedzenie!

Pzrzyjechaliśmy i jedno jeszcze tylko dodam, że to był dzień języka niemieckiego. Pod koniec to już mnie tak głowa bolała, że szok. No poza tym to do domu się wybraliśmy dopiero po 11.. Nie wiem jak to jest, czy ja zwyczajnie nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajona, czy to w Niemczech mają taki zwyczaj, czy to może tylko ta rodzina, ale jak np. Rana przyprowadza koleżankę do domu to nie na godzinę, ale na cały dzień. Rekordzistka siedziała połtora dnia ;p Jacyś inni goście też przed 11 się nie ruszają. Sama rodzinka Tillmanów chodzi bardzo późno spać. Późno dla mnie. Sarszych rozumiem, tylko ja się kładę spać o 10, ale Rana? Idzie do szkoły normalnie na 8 a chodzi spać nie wiem, o której. No ale nieważne.

Jeszcze jedno chciałam dodać: w pierwszym tygodniu mojego pobytu byłam zszokowana ich ilością snu. Pytałam się Rainera jak wyglądają u nich weekendy, czy jedzą śniadanie razem, albo nie wiem, czy robia coś szczególnego w soboty, itd. Odpowiedział mi, że nie, że w weekendy możemy się wreszcie wyspać i jemy śniadanie o 9. O DZIEWIĄTEJ! RANO! To ma być wyspanie się?! Nie mogę sobie w takim razie siedzieć do późna w piątek, nie wiem pooglądać jakiś film w nocy, nie. Bo muszę wstać na śniadanie na 9.. Wczoraj co prawda padł rekord, godzina 11, już myślałam, że sama będe jeść, ale nie, tak spontanicznie o 11 zjedlismy śniadanie.O fajnej rzeczy jeszcze do tej pory nie wspomniałam, bo trudno, żemy na obiad ktoś się darł na cały dom, żeby zejść do stołu. A żeby nie marnować rzeczy kupionych w zeszłym roku mamy unikalny "dzwonek" oznaczający czas obiadu. Więc kiedy siedzę sobie w pokoju, wiem, że obiad jest na stole kiedy słyszę głośny ryk... wuwuzeli xd Rano też czasami, ale rano budzę się sama. Tzn. Rainr kiedy przygotowuje śniadanie wlącza sobie muzykę BARDZO głośno. Do tej pory mnie to wkurzało, bo zawsze jak chciałam spać to ta muzyka mi przeszkadzała, bo wszystko u mnie słychać. Poza tym on włącza sobie te same płyty, te same koncerty, że ja już znam tekst niektórych piosenek. I to najczęściej leci w tv.

Wg w telewizji nie mają niczego ciekawego i tylko skaczą po kanałach i nic nie można obejrzeć. Od czasu do czasu sobie włączę jakieś wiadomości (xd) bo wszystko inne to ja nie wiem co to jest. I viva nawet nie odbiera. A jeszcze chciałam dodać, że tak, Rainer przygotowuje śniadanie, nie Guna. Guna ogólnie to nawet nie bardzo gotuje. Zazwyczaj to Rainer robi nam obiad. No, powiedzmy, że robi, bo i tak jemy wszystko gotowe. Wszystko. Gotowe. Zapakowane. Wszystko. Ale miałam pisać o czymś innym.

Po 3 byliśmy u tych dziadków. Na start TORT! Jaa, Ewa w siódmym niebie xd Trochę mnie zdziwił ten tort, więc go opiszę ;p Tort był na cieście francuskim, przekładany oczywiście kremem i normalnym biszkoptem. Przy czym do połowy krem był owocowy a druga połowa była czekoladowa :D Ale i tak był dobry ;p Zaraz po torcie na stół wskoczyło drugie ciasto. PYYYYSZNEEE!!!!! Kruche ciasto z poziomkami!!! I bitą śmietaną!!! Ależ bym sobie je zjadła jeszcze raz! No Po tym posiedzieliśmy sobie, pooglądalismy jakieś zdjęcia, ogólnie było bardzo przyjemnie. I teraz czas na obiad!

Jak sobie przypomnę te wczorajsze smaki... Mmmm! Po pierwsze i co myślę bardzo oczywiste to sałatka ziemniaczana. Ale to była najlepsza Kartoffelsalad jaką w życiu jadłam! Nie wiem, co w niej było, ale nie było w niej śmietany. Ale te ziemniaki... smakowały jak polskie!!! PYYYYCHHAAA!!!!!!!! No i oczywiście kiełbaska, ta była po bawarsku z jakąś słodką musztardą. A! Nie wiedziałam, co to jest na początku, ale jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że na talerzu leży SUROWE MIĘSO!!!! NIEMCY JEDZĄ SUROWE MIĘSO! Czy tylko dla mnie to jest dziwne? Guna tego nie jadła, ona też nie mogła uwierzyć, że można jeść surowe mięso. Normalne mielone mięso leżało sobie na talerzu i Niemcy je jedli jak zwykłą kanapkę. ŁEEEE! Ale spróbowałam, nie co dzień można zjeść coś takiego, nee? :D Dziwne było, wzięłam tylko trochę, ja się boję surowego mięsa... Smaku to to dużo nie miało i było całkiem dobre, ale mam mentalną blokadę, nie mogę jeść takich rzeczy.

To chyba wszystko, czym się chciałam podzielić, żadne inne niemieckie ekstrawagancję nie przychodzą mi do głowy :D Ale rzec by trzeba, że od wczoraj chodzę bardzo szczęśliwa :D Jak widać dobre jedzenie ma na mnie bardzo pozytywny wpływ!
No i dostała wczoraj kasę.. hahahah :D:D

niedziela, 5 czerwca 2011

Wilkommen in Altena! Witajcie w Altenie!


Na dziś przygotowałam sporą dawkę zdjęć miejsca, w którym mieszkam. Niestety albo aparat nie jest w stanie odzwierciedlić piękna tutejszego krajobrazu, albo to moje zdolności fotograficzne. W każdym razie nie udało mi się uchwycić magii gór i domków wybudowanych na zboczach. Ale mam nadzieję, że chociaż trochę można to poczuć. Przedwczoraj byliśmy w Kolonii. Większość wycieczki spędziliśmy w sklepie muzycznym, co mi się osobiście bardzo podobało. Nowowybudowany sklep miał dużo gości z innych krajów, szczególnie z Holandii. Wiem to oczywiście z tablic rejestracyjnych na licznych mercedesach itd...W tak ogromnym sklepie muzycznym nigdy w życiu nie byłam. 4 czy 5 pięter, wszystkie pełne instrumentów i pokojów dźwiękoszczelnych dla tych, którzy chcą coś wypróbować. Niesamowite miejsce. W Kolonii byliśmy w sumie nie tak długo. Weszliśmy jedynie do katedry. Mam kilka zdj, ale są raczej kiepskie, będę miała więcej czasu następnym razem kiedy tam będę, więc spokojnie, wszystko się tu znajdzie. Co do zwyczajów tu panujących i rodziny to z dnia na dzień coraz bardziej się przyzwyczajam, chociaż często wg nie wiem, co się dzieje, bo nic nie rozumiem. Wczoraj np. Bjorn grał koncert w jednej restauracji, a los chciał, że jeden z kelnerów był tak niesamowicie miły, że szok! Rozmawiał z każdym klientem, jakby się z wszystkimi znał od lat, wliczając mnie. Przy czym ja nie mam zielonego pojęcia, co on do mnie mówił :P Śmieszy mnie to, najchetniej chodziłabym z polską flagą na czole, żeby ludzie wiedzieli, że nie rozumiem wszystkiego, co się do mnie mówi :P
Ahh dzisiaj odkryłam kolejną niespodziankę! Skakałam sobie po kanałam w tv i nagle natrafilam na, uwaga.... POLSAT 2! A potem Polonię xd szkoda tylko, że nie było sygnału :(
Jeśli chodzi o inne moje przemyślenia to zapomniałam wspomnieć wcześniej o bziku Niemców na temat ekologii. My też teoretycnie segragujemy śmieci, ale u nas w domu są trzy kosze na śmieci: papier, plastik i resztki. Żeby tego było mało przed domem stoją trzy duże kosze, tak samo posegregowane. I bardzo dobrze, żeby wszyscy tak segregowali śmieci, o ile by było czyściej! Poza tym zauważyłam, że bardzo dużo domów ma system solarny i wykorzustuje energię świetlną. My akurat chyba nie, ale bardzo dużo ludzi z tego korzysta. W wielu miejscach też wiszą niemieckie flagi, albo przynajmniej słupy na flagę. Nie spodziewałam się tego po Niemcach, tak naprawdę. Zawsze uważałam Amerykanów za największych nacjonalistów i zdania nie zmieniam, ale nie wiedziałam, że Niemcy też są tak bardzo przywiązani do kraju. Chociaż w sumie... Na ulicy nawet studzienki kanalizacyjne mają na sobie godło miasta o.O
I chyba najciekawsze, co mnie tu spotkało. W Kolonii skorzystaliśmy z podziemnego parkingu i nic nie byłoby wtym dziwnego, gdyby nie to, że były tam miejsca parkingowe przeznaczone tylko dla kobiet! Nie wiem, może my też to mamy, ja jestem z małego Tomaszówka i nie znam się na świecie, ale ich finde das sehr komisch! Miejsca parkingowe dla kobiet, kto to wymyślił?!

Wracając teraz do ALteny, oto kilka zdjęć, co byście mogli mieć pewne wyobrażenie o tym, gdzie mieszkam

Mieszkamy na tej właśnie ulicy (te dwa zdj to ta sama ulica), na samym końcu, nasz dom jest ostatni. Niestety wg go nie widać, więc nie mam jego zdj :(


Mamy na tej ulicy również malutki plac zabaw i oczywiście regulamin. Nie widziałam tam jeszcze żadnych dzieci, ale stwierdziłam, że sama tam spędzę trochę czasu. A nie, czekaj, tu jest wstęp tylko do 14 lat :(

Co mi się tutaj bardzo podoba to to, że uliczki są bardzo wąskie i kręte. Pięknie to wygląda. Ale tylko wygląda, bo widziałam wiele podjazdów, które są praktycznie pionowe. I jeśli jedzie się samochodem to pół biedy, gorzej jeśli Ewsko wsiądzie na rower -.-

To zdjęcie miało przedstawiać jedynie jedną z ulic niedaleko domu, jednak w kadr weszło mi jeszcze to auto. Jak się później okazało, to nie był zwykły samochód. Kiedy mnie mijał zauważylam, że ma coś na dachu. To był napis "Fahrschule" - szkoła jazdy. Także widziałam niemiecką elkę! Miałam zrobić jej jeszcze jedno zdjęcie, ale już była za daleko :(

A to już całe miasteczko



Główną rzeką płynącą przez Altenę jest Lenne. Wzdłuż niej idzie długa droga i linia kolejowa. To właśnie tam wybrałam się na spacer. Co mnie zaciekawiło już pierwszego dnia to metalowe drzewa. Altena była miastem przodującym w wyrobie metalowych części (prętów, linek, nie wiem, czego jeszcze) i dlatego wzdłuż tej ulicy można spotkać takie oto drzewka. Na końcach gałęzi mają maje światełka i podobno świecą w nocy - ja jeszcze nie miałam okazji tego zobaczyć. Ale faktycznie, jak na takie małe miasto (18 tys.) w nocy jest tu bardzo jasno. Świeci się chyba wszystko, co możliwe.

Kiedy tylko zobaczyłam ten samochód, wiedziałam od razu, że muszę mieć jego zdjęcie. Powodem były nasze lekcje niemieckiego z Alles Klar 2a kiedy to mieliśmy wypadek na Autobahn i musieliśmy skorzystać z Notruftelefon po Pannenhilfe. Nie, ja nie mówię tak dobrze po niemiecku, po prostu to pamiętam z lekcji xd w książce było też napisane, że w Niemczech jest taka firma ADAC, która zajmuje się tego typu sprawami, więc musiałam to uwiecznić :P

Tutaj mamy taki combo breaker, kolejne zdj z miasta. Ale najważniejsze jest....

...TO! Nie mogłam się oprzeć i musiałam zrobić foto niemieckim służbom mundurowym - POLIZEI! Zaraz po zrobieniu tego zdjęcia zorientowałam się, że to był komisariat. Ale nikt mnie nie zatrzymał, nic się nie stało, to chyba nie było przestępstwo, ale tutaj to nigdy nic nie wiadomo :P

czwartek, 2 czerwca 2011

Moje niemieckie przygody

Nie wiem nawet jak to się dzieje, że dnie mi się tak straszliwie ciągną, a tu już 5 dzień jak jestem u Tillmannów. Aż musiałam sprawdzić w kalendarzu, bo nie mogłam w to uwierzyć. Jednak nie nudzę się, albo przynajmniej dochodzę do bardzo zaskakujących wniosków i to są moje atrakcje.

Moim zadaniem jest przygotowanie jakiegoś lunchu dla Bjorna i Rany. Tak więc rano musiałam przebadać lodówkę i sprawdzić, co mają do jedzenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że nie mogę znaleźć żadnego mięsa! Gdzie te wszystkie popularne bratwursty?! No nic, stwierdziłam, że szukać nie powinnam w lodowce, ale w zamrażarce. I tu był problem. Gdzie jest zamrażarka... Wczoraj ją znalazłam! Już taka szczęśliwa otwieram ją, żeby znaleźć coś ciekawego do jedzenia i... niespodzianka numer dwa: zamrażarka była praktycznie pusta... "Praktycznie" bo jej zawartość ogranicza się do dwóch mrożonek z warzywami.

Ja naprawdę nie mam pojęcia jak oni żyją, ale dla mnie to nie było normalne. Ale może po prostu przyzwyczaiłam się do swojej lodówki, a wszyscy inni ludzie nie trzymają cały czas 50kg surowego mięcha. Oczywiście przesadzam, ale trudno.

Niespodzianka numer dwa. Miałam ochotę na mleko. W jakiejkolwiek postaci, naleśników na przykład. Otwieram lodówkę, szukam, szukam - mleka nie ma. Stwierdziłam, że to niemożliwe, KAŻDY ma w domu mleko! Musiałam obejść się smakiem i zaczęłam szukać czegoś innego w spiżarni. Dodam tylko, że ta ich spiżarnia to mała wnęka przy kuchni, no prawie jak zwykły pokój (oprócz wymiarów). Okazało się, że oni mleko (12 kartonów!) trzymają w spiżarni! W żadnej lodówce tylko tak po prostu sobie leży! Byłam tak zdziwiona, że musiałam sprawdzić, czy to na pewno mleko. Jednak tak... Na opakowaniu był napis, że przed otwarciem nie musi być przechowywane w lodówce, ale to jest MLEKO! Co oni tam muszą dodawać, jeśli ni musi być przetrzymywane w chłodnym miejscu?! Boję się tego mleka tak, jak bałam się amerykańskich ziemniaków...

Wiem, że mówię głównie o jedzeniu, ale to jest dla mnie najważniejsze. Już pominę fakt, że wszystko, co jest w lodówce jest zapakowane, WSZYSTKO! I nie wiem nawet, skąd się bierze to jedzenie, jeszcze nie widziałam, żeby ktoś jechał do sklepu, ale może zwyczajnie nie zwróciłam uwagi.

Co jeszcze? No w sumie niedużo, mam trochę zdjęć domu, zaraz je wrzucę. A i zaczęłam się rejestrować na studia, ciekawa jestem ile będziemy mieć z tym problemów...

Któregoś pięknego ranka szłam sobie na górę, żeby zjeść śniadanie i moim oczom ukazała się ta oto piękna salamandra! (Bo to chyba salamandra jest..) Spokojnie była na zaewnątrz, ale nie mogłam się powstrzymać i zrobiłam jej zdj :P

Mój pokój


Hah, Niemcy się przygotowali i kupili mi polskie krówki :D

Jeśli mi ktoś nie wierzył, kiedy mówiłam, że mieszkam w lesie, to proszę bardzo. Mój widok z okna

A to kuchnia, już po tym jak zrobiłam tam porządek, bo oni sobie chyba nic nie robią z bałaganu. Połowa ich rzeczy est w pudełkach porozwalanych po całym domu. Ja się w sumie nawet nie muszę pytać, gdzie położyć rzeczy, bo ich to raczej nie obchodzi..

I na zakończenie taki mały bonus. Zajączek! Stoi na półce nad biurkiem. Czy nie jest słoodkiiii?

poniedziałek, 30 maja 2011

Ich bin nach Deutschland gefahren!

Also liebe Leute,

tak się stało, że 29 maja o godz. 1545 wyleciałam sobie do Niemiec. Konkretnie do Dortmundu. Mimo mojego doświadczenia z samolotami bałam się lecieć, sama nie wiem dlaczego. Jednak w samolocie miałam BARDZO sympatyczne towarzystwo i kolega mnie uspokoił. Leciał z drugim kolesiem i mogę przysiąc, że go widziałam w tvn-ie w mam talent czy czymś takim. No, ale dolecieliśmy szczęśliwie, aż się zdziwilam jak gładko poszło :P Na lotnisku odebrałam waizkę i tu zaczyna się moja historia.

Nie byłam pewna, czy poznam ludzi, którzy po mnie przyjechali; już tak mam, że trudno mi rozpoznać osobę ze zdjęcia na ulicy. Na szczęście od razu się poznaliśmy i nie było się czym martwić. Dla mojej i wszystkich wiadomości: tak, Indonezyjczycy to TEŻ Azjaci i jak Azjaci wygądają. Guna, matka, pochodzi z Indonezji, przeprowadziła się do Niemiec mając 23 lata (teraz ma 46), Reimar jej partner jest w jej wieku, pracuje jako... jeździ do klientów i coś tam robi. Bjorn, chłopak, jest w ostatniej klasie liceum, wg nie ma go w domu: szkoła, praca, próby z zespołem. I została Rana, młoda, ktora ma 12 lat, a zachowuje się i wygąda na 9, wszystko robi sama, trochę się popisuje i dzisiaj nawet mówiła do mnie również po angielsku! Szok!

Ale zacznijmy od początku. Zawieźli mnie do siebie, etwa 45min od Dortmundu. Na uwagę zasługuje jazda autostradą. PIĘKNA! Żadnych dziur, robotów drogowych, śmieci.. Dookoła drzewa, wszystko jest zielone, limit prędkości jedyny jaki widziałam to 100km/h :D Mowili do mnie cały czas po ang, jedyne, co mnie irytuje to azjatycki akcent, bo niegdy nie mogłam zrozumieć, co do mnie Azjaci mówili w USA. Za to Reimar mówi tak śmiesznie :P wszystkie "w" wymawia jak "w" nie jak "ł" po ang. To jest zawsze Water, Want, ale jak powiedział "wos" zamiast "was" to się trochę pogubiłam :P

Reimar pokazał mi miasto. Tam jest cudownie, jak w bajce! Wg to Altena mi przypomina Karolinę Północną, normalnie jakbym była w NC w jakiejś niemieckiej dzielnicy. To jest w górach i wszędzie są strome zbocza, kręte uliczki, po prostu pieknie! Mieszkamy w ostatnim domu na ulicy; ja go na początku wg nie zauważyłam tak był skyty w lesie :P ale wszędzie jest blisko: dzieciaki mają 5 min do szkoły, 10 do muzem i kościoła i chyba z 20 czy 15 do zamku. Godło Alteny jest wg bardzo podobne do naszego. Też przedstawia kobietę z ręką w górze, tyle, że nie na niedźwiedziu, a z tym takim kołem... no nic, wkleję to zobaczycie.

Pokój mam całkiem w porządku choć trochę tu chłodno. Dziś jak wyszłam z domu to się nieźle zdziwiłam tak było gorąco.
Was noch?

Dzisiaj miałam przygody dwie. Najpierw rano chcialam zjeść śniadanie, ale nie bardzo wiedziałam jak :D Płatki znalazłam dwie godz później, znalazłam jakiś chleb, ale jak otworzylam lodówkę, to.. No ogólnie nie wiedziałam co to, na co to i jak się to je :D ale to taki mój mały problem :P

Przez cały dzień nie robiłam NIC! Nic! No ja nie rozumiem po co im operka. No ale dobra jak chcą wydawać pieniądze to proszę bardzo, ja im nie bronię. Jedyne co zrobilam to przeczytałam 20 str niemieckiej książki, którą czytam już chyba od ponad roku, o chłopcu, który znalal kluske na ulicy. Później natąpiła druga przygoda. Pojechałam na rower! Tak! Ja a rower! Taki z pedalami i kierownicą! Tylko jak tam się jeździ! Wszystko takie gładkie to aż się prosi! tyle tylko, że jest mnóstwo górek i takie niewyrobione nóżki jak moje mogą mieć problem. Mialy nie tylko moje nogi bo cały organizm nie wytrzymał nadmiernego i jakże niespodziewanego wysilku i zaczęło mi sie kręcić w głowie. Jakoś sobie trzeba urozmaicać życie, tak? No ale chwila relaksu i już było ganz ok.

Wieczorem przy obiedzie nie tylko już rozumiałam ZNACZNIE więcej niż wczoraj ( bo oni między sobą mówia normalnie po niemiecku tylko dla mnie się trudzą z tym ang :P) a Rana nawet powiedziala kilka zdań po ang! Byłam w szoku! Ja sama użyłam przynajmniej kilku niemieckich słówek dziś, także czekam na jutro :P Jutro moim jedynym zajęciem będzie przygotowanie jakiegoś lunchu dla młodych, nie wiem, jak skoro nic nie rozumiem z tej lodówki, ale do odważnych świat należy :P Także na dziś to już koniec opisu mojego niewykle pasjnującego i ekscytującego i pełnego wrażeń pobytu w Niemczech. Dołączam jeszcze kilka zdj i bis bald!

To widok z okna salou z największą atrakcją Alteny - zamkiem Burg Altena

Znowu salon

A tak wygląda w środku z opuszczonymi roletami (zdj domu coming soon)

I kolejne widoki