W piątek uwinęłam sie szybko z robota, bo chcialam się w spokoju spakować na weekend z niemieckimi przyajciółmi! Na pierwszy pociąg prawie się spóźniłam. Tzn. biegłam z myślą, że nie zdążę, ale okazało sie, że to tylko mój zegarek się spieszył. Będac wcześniej w niemieckim autobusie zdziwiłam sie nieco, że ubrany w uniform mężczyzna w pociągu nei sprawdził mi biletu na dzień dobry. Sam pociąg - piękny! Zupełne przeciwieństwo polskih pociągów (mam tu na myśli pociąg Tomaszów - Łódź xd). Dobrze, że wczesniej wiedziałam, że w Niemczech nie obowiązuje zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych, więc to, co zobaczyłam w pociągu nie było dla mnie aż takim szokiem. Mianowicie była tam grupka kolesi, studentów jak mniemam, którzy sobie beztrosko popijali piwko. Nie jedno, czy dwa, mieli całą skrzynkę piwa! Tak zaczęła się moja przygoda z niemieckimi pociągami :D
Na karteczce miałam zapisane wszystkie połączenia, więc na drugi pociąg czekalam z niecierpliwością. Pech chciał, że z moim biletem nie powinnam używać szybkich pociągów. No coż, uświadomiła mnie o tym pani konduktor. Przygoowałam się już na płacenie jakiejs kary, czy czegoś, jednak ona oddała mi mój bilet i sobie poszła :P
Nie chce mi się drugi raz opisywać tego, co przeżyłam na dworcu w Dortmundzie, bo sama wolę juz o tym zapomnieć. Moje zamotanie sięgneło szczytu w tamtym momencie. Ludzie musieli na mnie dziwnie patrzec jak biegałam dosłownie po całym dworcu. W koncu zrezygnowana wsiadłam do jakiegoś pociągu, nie byłam nawet pewna, gdzie on dokładnie jedzie.
Za każdym razem, gdy dojeżdżaliśmy do jakiegoś dworca musiałam sie schylać, żeby patrzeć, gdzie jesteśmy, chociaż i tak mi nic to nie mówiło, a nie słyszałam komunikatów w głośnikach, bo było za głośno. Ale w tym momencie i tak było mi wszystko jedno. Byłam już tak zmęczona tym lataniem po pociągach i zestresowana, bo raz mam się spotkać z ludźmi, których nie widziałam od dwóch lat i nie wiedziałam, czy się zmienili, czy nie, a dwa to był mój pierwszy raz nie dość, że w niemieckim poiągu to jeszcze podróżując kawał drogi SAMA. Jednak kiedy ujrzałam napis "Duisburg HBF" już nawet nie martwiłam sie o to, czy poznam moich znajomych, chciałam po prostu wysiąść i miała wszystko gdzieś! Odetchnęłam z taką ulgą, gdy tylko wysiadłam z pociągu! Bądź co bądź stałam przez dobre pół godziny przynajmniej! Teraz pozostawało tylko odnaleźć moich kochanych Niemców!
Na tym samym peronie miałam spotać Johannesa (Jojo). Kiedy go ostatni raz widziałam miał piękne, długie, kręcone włosy. Przez ponad 2 lata na fb ma to samo zdj, więc nie mogłam go sobie wyobrażać inaczej. Co prawda widziałam dwa zdj, na których miał na głowie coś w podobie do dredów, ale to przecież niemożliwe... A jednak! Oprócz szopy na głowie, nic się w nim nie zmieniło :D Razem czekaliśmy na resztę, w kolejności: Verenę, Flo i Yannica.
Spotkanie z Yanniciem zaczęło się bardzo interesująco, gdyż chwilę przedtem prwie przejechał go autobus... Przynajmniej ja tak to zrozumiałam. Jego historia, przerywana co chwila, któtkim "nie?" (niem. nee) była oczywiście po niemiecku. I tak zaczął się nasz cudowny weekend!!
Yannic mieszka w Dinslaken, więc musieliśmy jeszcze dojechać tam autem. Mala miejscowość, ale śliczna! Z resztą, mieszkając w TAKIM domu okolica nie bardzo sie liczyła. Ogólnie dom nie był strasznie duży, ale mega, mega wypasiony, ale jednak czułam pewien respekt będąc w łazience, w duuuużym ogrodzie, czy widząc SAUNĘ w domu... Wieczór spędziliśmy we własnym gronie, bardzo sympatycznie. Zamówiliśmy pizzę (Ewsko patrzy w menu: Dobra, to co jest najtańsze?) i graliśmy w grę :D Poznaliśmy też bardzo niebieskookiego kolegę brata Yannica, który nie mogł ogarnać jakim dialektem ja mówię. Wszystko się wyjaśniło, kiedy się dowiedział, że jestem z Polski :d Na zakończenie obejrzeliśmy Życie Bryana przegryzając piankami :D
W sobotę musieliśy wcześnie wstać, tj. koło 9. To miał być Amerykański dzień :D Więc pojechaliśmy do Amerykańskiej restauracji. Oczywiście wybrałam to, co było w miarę najtańsze: naleśniki z sosem orzechowym (Erdnuss sos) - 4,40e i sok pomarańczowy - 2,60e. Yannic, Verena i Flo wzięli tosty francuskie, a Jojo bajgla. Potem zaczęła się nasza wycieczka. Pojechaliśmy do Dortmundu. W planach mieliśmy zwiedzenie stadionu (co mam nadzieję jeszcze mi sie uda), jednak CAŁY stadion był zajęty, gdyż akurat w ten weekend odbywał się, uwaga, zlot świadków Jehowy o.O Ogólnie tutaj w regionie wszyscy są fanami Borussi Dortmund (klub piłkarski), więc żółto czarne flagi z napisem BVB można znaleźć praktycznie wszędzie. My nie mogliśmy zwiedzić stadionu, ale odwiedziliśmy sklep z pamiątkami - wszystko w barwach Borussi. I mówiąc wszystko, mam na myśli wszystko :D Jako prezent dla Yannica kupiliśmy mu tam kaczuszkę do kąpieli :P
Kolejnym przystankiem było Mühlheim. Piękne miasto! Studenckie! Ale piękne! Ta atmosfera, ten klimat! Ja się zakochałam! Gdybym tylko mogła zaczęłabym tam studiować! Nie potrafię opisać, co takiego jest w tym mieście, ale mnie przyciągnęło już od pierwszej minuty! Aaa, mówiąc miasto studenckie mam na myśli całe mnóstwo rowerów, WSZĘDZIE! Nigdy nie myślałam, że rowery są tak popularne w Niemczech, zawsze w taki sposób widziałam Holandię, ale tutaj studenci jeżdżą rowerami. Niesamowite jest jak dużo rowerów widzi się na ulicach. Nie tylko to. Te rowery sobie po prostu tam stoją. Niektóre nawet leżą. Jako Polka musiałam się zacząć zastanawiać, jak to jest, że nikt ich nie kradnie.... Może uda mi się jeszcze zrobić zdjęcie, ale niektóre rowery są fajowe :D W chmurki, ciapki, kropki :D Super sprawa. W Mühlheim spacerowaliśmy sobie, poszliśmy na lody, znaleźliśmy mini plac zabaw z TRAMPOLINĄ! Oczywiście, że musiałam się pobawić! Pod koniec musieliśmy kupić coś do jedzenia na kolację, więc wybraliśmy się do Edeki. Na kolację była sałatka :D Chłopcy nie robili większego problemu ;) Tzn. Yannic pojechał na przyjęcie urodzinowe, a Jojo poddał się damskiej dominacji :D
To była noc filmowa, więc podczas, gdy Flo poprawiała Jojo dredy (teraz wygląda znacznie lepiej!) oglądaliśmy Burn after reading, Road to perdition i Fargo. Poszliśmy spać koło 4, przy czym ja, Flo i Verena musiałyśmy jeszcze coś przekąsić przed snem :D
W niedzielę znowu musieliśmy wcześnie wstać. Ja sałam jakieś 4 godziny tylko :P Gdzie prez cały czas sypiam mniej więcej 10 :D Ale nie mieliśmy dużo czasu. Pojechaliśmy do Kolonii. Odwiedziliśmy katedrę
Która jest popularna na całym świecie, jednak tłumacze na miejscu nie są idealni
Ah, funny story. Chcieliśmy wejść na szczyt wieży, więc musieliśmy kupić bilety (3e noralny, 1,5e ulgowy). Facet w okienku widząc moją legitymację próbował wymówić moje nazwisko ale, że mu nie szło, to mu pomogłam. Nie mówił po polsku, ale gdy już wydał mi bilet powiedział do mnie "Duża Kowara, mała Kowarka". Niech mi to ktoś wytłumaczy.
Droga na górę nie była taka łatwa. Nie wiem dokładnie ile schodów musieliśmy pokonać, ale moje nogi wysiadły już w połowie. Problem w tym, że tam nie było, gdzie się zatrzymać! Gdyby na górze sprzedawano wodę, mogłaby iść za 10 euro, a i tak ludzie by ją kupowali. Po drodze przy życiu podtrzymywały mnie jedynie napisy po polsku ;) zawsze miło coś takiego przeczytać w obcym kraju, nawet jeśli to wandalizm na ścianach, ale całe ściany były pomazane przez ludzi z całego świata, nie to, ze tylko Polacy niszczą :P Nie mogę powiedzieć, że widok z góry nie jest imponujacy. Na takiej wysokości wszystko wygląda dobrze, nawet jeśli widok ogranicza wszystko pokrywajaca siatka. Zależy, co kto lubi.
Spacerowaliśmy trochę po Kolonii mijając różnego rodzaju ludzi... Nie byłam pewna czy to Kolonia czy jakiś festiwal, ale nie tylko ja byłam zdziwiona wyglądem niektórych ludzi. Anime, metal, punk, wszystko pomieszane? Nie wiem jak nazwać ten styl, ale niektóre osoy były conajmniej dziwne. Na koniec mam zdj mostu pełnego małżeńskich kłódek. Kiedy para zawiera ślub przypina kłódkę ze swoimi imionami na tym moście. To już chyba europejska tradycja. Nie podróżowałam tyle, by powiedzieć, że można to zobaczyć we wszystkich krajach, ale na pewno w Polsce i Szweji tak ;)











